11 paź 2017

~I~

Poranne promienie słońca przebiły się przez stare, niegdyś żółte zasłony i padły prosto na moje wciąż zamknięte oczy. Chociaż już nie spałem, westchnąłem niezadowolony i przewróciłem się na drugi bok, twarzą w stronę ściany, aby uciec od wzywającego mnie do życia światła.
            Nie miałem ochoty ruszać się z łóżka, chciałem znowu zasnąć, a potem udawać, że źle się czuję. W sumie byłoby w tym trochę prawdy, czułem się źle psychicznie po rozstaniu z Ewą. Była sporą częścią mojego życia, a teraz nie został mi już nikt tak bliski, nikt, komu mógłbym się prawdziwie wygadać, nikt, kto rozumiałby mnie tak dobrze.
            Ale skoro stwierdziła, że nie możemy być już dłużej razem, to czy tak naprawdę mnie rozumiała? Może tylko udawała, aby móc się pochwalić, że z kimś jest. Ewa nie należała do dziewczyn najładniejszych, najbardziej wysportowanych czy mądrych. Była za to bardzo w porządku, zawsze chodziła uśmiechnięta i potrafiła poprawić humor każdemu grymasowi. Miała w sobie jakąś anielską siłę, uspokajała rozpłakane dzieci i rozwrzeszczanych rodziców. Na mnie zadziałała jak kubeł lodowatej wody – to dzięki niej zacząłem naprawdę zastanawiać się nad swoją przyszłością.
            Tak było do wczoraj, teraz chciałem już na zawsze zostać w swoim łóżku, bojąc się, że gdy zobaczę ją gdzieś na ulicy, to ucieknę w popłochu.
            — Mikołaj, wstawaj, spóźnisz się do szkoły — krzyknął ojciec, otwierając drzwi bez pukania.
            — Nigdzie nie idę. — Otuliłem się ciaśniej kołdrą, przy okazji zakrywając głowę.
            — Nie zachowuj się jak beksa, to nie pierwsze i nie ostatnia dziewczyna w twoim życiu, nie przesadzaj. Jak za pięć minut nie zobaczę cię ubranego przy stole, to wparuję tutaj z odkurzaczem.
            Tatuś wyszedł, a ja zwlokłem się z łóżka. Wygrzebałem z szafy pierwszą lepszą koszulkę, zgarnąłem spodnie z oparcia krzesła i w takim stanie zszedłem na dół, przekraczając drzwi kuchni, zapinałem ostatni guzik.
            Ojciec siedział i czytał wczorajszą gazetę, popijając jak zwykle czarną jak smoła kawę. Pewnie gdybym wziął od niego choćby łyka, stanęłoby mi serce. Słyszałem głos mamy dochodzący z sypialni. Zrobiłem sobie dwie kanapki, które zapakowałem w pudełko śniadaniowe i usiadłem, aby wypić w spokoju herbatę.
            — No i czego nie jesz śniadania? — Wypalił ojciec. Ostatnimi czasy czepiał się wszystkiego, co robiłem. Nie pasowało mu nic a nic. No, może oprócz moich dziewczyn.
            Ojciec był typowym samcem alfa – on pracuje, żona zajmuje się domem, a dzieci robią to, co on im każe. Matka miała na szczęście duży wpływ na ojca, dzięki czemu mieliśmy z rodzeństwem trochę luzu. Tatuś jednak bardzo negował kontakty moich sióstr z jakimikolwiek chłopcami. Mnie za to już w drugiej gimnazjum, kiedy to miałem swoją pierwszą dziewczynę, wręczył paczkę gumek i powiedział, że jeżeli będę kiedyś potrzebował, to znajdę w jego szafce nocnej.
            Kochałem swoich rodziców, chociaż miałem im kilka rzeczy do zarzucenia.
            — Nie jestem głodny, zjem w szkole — wyjaśniłem, starając się mówić przy nim jak najmniej. Wiedziałem, że będzie mnie łapał za słówka.
            — Dobra, dobra.
            Zegar wskazywał siódmą dwadzieścia. Dopiłem herbatę, brudny kubek zostawiłem w zlewie i poszedłem się spakować.  Niedbale wrzuciłem książki do plecaka, zaraz potem pojemnik z kanapkami. Miałem to szczęście, że dojeżdżałem samochodem. Współczułem dzieciakom, którzy musieli tłuc się autobusami, zwłaszcza zimą. Kiedyś zabierałem po drodze swoich kumpli, ale kiedyś Ewa powiedziała, żebym tego nie robił, bo chce spędzić ze mną rano trochę czasu sam na sam, więc z tego zrezygnowałem.
            Otwierając garaż, zauważyłem tira stojącego dwa domy dalej. Odkąd pamiętam, tamten niewielki budyneczek stał pusty, ponieważ mieszkająca tam pani zmarła, kiedy miałem ledwie kilka latek. Mama zimą na prośbę dzieci staruszki chodziła tam, aby od czasu do czasu przepalić w piecu, a latem podlewała grządki z zarośniętymi już kwiatami.
Tłoczyło się tam sporo ludzi, jednak nie potrafiłem dosłyszeć, o czym rozmawiałem. Pomyślałem tylko, że fajnie będzie mieć nowych sąsiadów.
Wsiadłem do swojego kochanego audi i odpaliłem silnik. Lubiłem ten zapach starej, wytartej już skóry. Chociaż zimą pojawiał się problem z przymarzniętymi tyłkami dziewczyn, które zdarzało mi się podwozić, mnie nigdy to nie przeszkadzało. Może to dlatego, że nie nosiłem krótkich spódniczek.
Przejeżdżając obok nowych sąsiadów niezwykle powoli, aby móc się przyjrzeć, dostrzegłem chłopca, który wydawał się być w mniej więcej moim wieku. Był wysoki, wyższy od swoich rodziców, a na nosie miał ciemne okulary, które poprawił w momencie, kiedy akurat na niego patrzyłem. Co dziwne – i on na mnie popatrzył, tylko że na jego twarzy namalowało się raczej zdezorientowanie na mój widok. Ja się uśmiechnąłem, aby pokazać, że jestem pozytywnie nastawiony.
Potem już pojechałem w swoją stronę z przeciwsłonecznymi okularami i ustawiono głośno muzyką.

***

Na diagnostyce prawie przysypiałem, matematyczka dowaliła nam kartkówkę z ciągów w ramach powtórki sprzed miesiąca, a babka od programowania chyba zapomniała, że ma z nami lekcje, bo przesiedzieliśmy czterdzieści pięć minut sami w klasie, oglądając głupie filmiki na youtube’ie. Na drugiej lekcji już była, a po pytaniu „zabłądziła sorka?” kazała nam przepisywać wszystko do zeszytu. Już wiedziałem, że nie zdam przyszłorocznej kwalifikacji.
Dziewczyny z klasy (a mieliśmy ich aż trzy!) wymyśliły sobie, żeby pierwszego kwietnia pójść do pizzeri. Nie wiedziałem tylko, czy uważają Prima Aprilis za święto, czy znalazły pretekst, aby ulotnić się z zajęć. Zaczęliśmy więc z chłopakami obmyślać plan, jakby tu je „zrobić w balona”. Oczywiście Wojtek był pierwszy do wymyślania takich rzeczy, więc postanowił, że to my zajmiemy się organizacją całego przedsięwzięcia, a dziewczynom podamy nieprawdziwe informacje. Wszyscy podłapali ten niewątpliwie genialny plan. Chyba tylko ja czułem, że nie wyjdzie to tak, jak byśmy chcieli.
Po ostatnim dzwonku, który zabrzmiał dziesięć po trzeciej, w końcu mogłem wrócić do domu, aby poleniuchować aż do niedzielnego wieczora. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Nie było już tira stojącego przy ulicy, ale za to ktoś nie zamknął bramki, a przez okna zauważyłem chodzące postacie. Czyli jednak miałem rację – nowi sąsiedzi. Nawet się cieszyłem, na naszym osiedlu wszyscy znali się od lat i taki „świeżak” mógł dobrze wpłynąć na relacje międzyludzkie. Ewentualnie popsuć je doszczętnie, co sprawiłoby jeszcze więcej zabawy.
W domu tak intensywnie pachniało szarlotką z cynamonem, że ślinka naciekła mi do ust. Na stole w kuchni stała pełniutka blacha mojego ulubionego ciasta. Już sięgałem ręką z nożem, aby odkroić sobie kawałek, kiedy usłyszałem krzyk i kroki biegnącej mamy:
— Ani mi się waż, Mikołaj! To dla gości na wieczór!
Mama wleciała z wilgotną ścierką i zlała mnie nią po rękach. Chociaż mamusia należała do osób niskich, lekko okrąglutkich i była posiadaczką dość piskliwego głosiku, naprawdę potrafiła przerazić, zwłaszcza swoje dzieci i męża.
— Prezydent przyjeżdża, że nie dasz swojemu ukochanemu synkowi kawałka ciasta? — Próbowałem zrobić minę zbitego psa, ale nic mi to nie pomogło.
— Zjesz razem ze wszystkimi wieczorem, nie będę robić dla ciebie wyjątku.
Westchnąłem tylko i klapnąłem na krzesło.
— Mama mnie głodzi — zajęczałem głośno, a ona tylko pokręciła głową.
— Jesteś niemożliwy. Ale nadal nie możesz zjeść ciasta. Masz sałatkę w lodówce, zjedz sobie. Kolacja będzie o dziewiętnastej.
— Tak bez obiadu dzisiaj? — zdziwiłem się.
— Obiado-kolacja będzie o dziewiętnastej. Lepiej? — Pokiwałem głową. — Jak jesteś taki głodny, to zrób sobie kanapki.
Tak też zrobiłem. Z talerzem pełnym jedzenia powędrowałem do pokoju i rozłożyłem się przed komputerem. Myślałem, czy da się coś zrobić, aby matka nie kazała mi wkładać koszuli, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli nie dała mi ciasta, to tutaj również będzie nieugięta.
Domyślałem się, że moja najukochańsza rodzicielka pod słońcem zaprosiła nowych sąsiadów. Lubiła poznawać nowych ludzi i ze wszystkimi być w przyjacielskich stosunkach. Tata po pijaku opowiadał, że mama za młodu zachowywała się jak – tu cytuję – popieprzony dzieciak z ADHD. Ponoć cały czas marudziła, nie mogła usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu i wciągała ojca w dziwne sytuacje. Musiał wozić ją na drugi koniec kraju, żeby ta mogła zobaczyć jakiś budynek i zrobić zdjęcie, chodził z nią pod mostami i straszył nocnych wędrowców, potrafili spać pod gołym niebem. Tata powiedział kiedyś, że to dzięki niej dowiedział się, czym jest miłość, bo wcześniej nie pomyślałby, że mógłby być z kimś tak niereformowalnym, nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym. Mimo to pokochał mamę całym sercem i tylko ona potrafiła go przekrzyczeć.
Sam też cieszyłem się na myśl o tym, że poznam sąsiadów. Z drogi wydawali się być całkiem w porządku, choć przecież nie ocenia się ludzi na podstawie jednego, krótkiego spojrzenia. Zastanawiałem się też, czy chłopiec w okularach należał do firmy transportowej, czy również zagości w nasze progi. Fajnie byłoby mieć kumpla w swoim wieku na osiedlu.
O godzinie osiemnastej zostałem zawołany i ubrany w koszulę. Na szczęście nie białą, a czerwoną w czarną kratę, co i tak nie zmieniało faktu, że czułem się jak pod krawatem (nawet bez niego). Musiałem jednak przetrzymać ten ból, aby móc zjeść moją ukochaną szarlotkę.
Natka nakryła stół na dziewięć miejsc, co znaczyło, że naszych nowych sąsiadów jest piątka. Nie mogłem się doczekać.
Równo o godzinie siódmej, kiedy mój brzuszek wołał już o pomstę do nieba, rozległ się dzwonek do drzwi. Nie lubiłem tego dźwięku – chamskiej melodyjki ze starej bajki, którą uwielbiali moi rodzice. Razem z Natalią stanęliśmy przed stołem, uśmiechając się jak idioci, byleby tylko dobrze wypaść.
Pierwsze weszło małżeństwo. Wydawali się nieco starsi od naszych rodziców, jednak z twarzy wyglądali na miłych i przyjacielskich. Pan Hydrzyk ucałował dłoń mojej mamie jak prawdziwy dżentelmen, a jego żona, uśmiechając się szeroko, uwydatniając przy tym zmarszczki w okolicach oczu, wręczyła jej pojemnik z ciastem. To właśnie na tym przysmaku skupiłem się najbardziej. Poczułem, jak ślinka naciekła mi do ust.
Kiedy starsi przekroczyli próg, wesolutko wkroczyła dwójka identycznie ubranych bliźniaków – piętnastolatków, a przynajmniej na tyle wyglądali. W pierwszej chwili powiedziałbym, że są identyczni, jednak kiedy zwrócili się twarzą w naszą stronę, zauważyłem, że różnią się kolorem oczu – jeden z nich miał niebieskie, a drugi brązowe.
Państwo Hydrzykowie zaczęli witać się ze mną i Natalią, więc nie skupiłem się za bardzo na tym, jak do domu wszedł chłopak, który rankiem przykuł mój wzrok. Uśmiechałem się szeroko, potem uścisnąłem ręce bliźniakom, dowiadując się, że jeden z nich to Piotrek, a drugi Paweł i zorientowałem się, z kim mam do czynienia, kiedy musiałem podnieść wzrok zdecydowanie wyżej niż wcześniej.
Był wysoki. Przy swoim wzroście metra siedemdziesięciu pięciu sięgałem mu ledwie do brody. Okulary zsunęły mu się z nosa, więc patrzyłem prosto w jego ciemnobrązowe oczy.
— Cześć, jestem Jakub — przedstawił się, lekko uśmiechając.
— Mikołaj, miło mi cię poznać…
Nim zdążyłem powiedzieć coś jeszcze, po prostu poszedł dalej, aby stanąć przy swojej rodzinie.
Czułem się dziwnie, poznając kogoś tak znacznie wyższego ode mnie. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Jasne, niektórzy z moich kolegów wyrośli do metra osiemdziesięciu, ale w przypadku żadnego z nich nie musiałem zadzierać głowy do góry. Po raz pierwszy od kilku lat poczułem się jak niewyrośnięty dzieciak.
Usiedliśmy do stołu. Będąc głodnym jak wilk, pożerałem wszystko w zawrotnym tempie i ilości większej, niż można by się było spodziewać po tak chuderlawym chłopcu jak ja. Ojciec w pewnym momencie kopnął mnie nawet ukradkiem pod stołem, kiedy nakładałem trzeci kawałek szarlotki. Burknąłem coś w stylu „daj spokój” i dalej robiłem swoje. Jeść mi przecież nie mógł zabronić, prawda?
Rozmowa przebiegała dość miło. Dowiedziałem się, że Hydrzykowie przeprowadzili się ze względu na odnaleziony testament, który spisała staruszka – babcia pana domu. Zapisała wnukowi całą posiadłość, prosząc, aby się nią zajął i pozwolił jej na nowo być pełną koloru i radości, jak to było przed laty. Rodzina, kiedy tylko się o tym dowiedziała i dopełniła wszelkie formalności, postanowiła przeprowadzić się z bloku właśnie na obrzeża miasta.
— Tutaj każdy z synów będzie mógł mieć własny pokój, w bloku niestety nie było to możliwe. Mam nadzieję, że wpłynie to korzystnie na oceny Piotrusia i Pawełka, bo wcześniej narzekali, że jeden drugiemu przeszkadza — dopełniła pani Magda.
— A ty, Jakubie, uczysz się? — zapytał mój ojciec.
— Już nie. W zeszłym roku skończyłem zaoczne studia i teraz zajmuję się grafiką komputerową na zamówienie. Aktualnie wraz z kilkoma znajomymi zajmujemy się stworzeniem gry.
— Naprawdę? To w takim razie ile masz lat?
— Dwadzieścia cztery, proszę pana.
— Aj tam, będziesz mi mówił na pan, Marek jestem.
Uścisnęli sobie dłonie nad stołem, prawie przewracając butelkę z szampanem.
— Mikołaj też lubi zajmować się tymi komputerowymi sprawami, nie, synu? — Tu ojciec spojrzał na mnie, a ja, mając usta zajęte ciastem, tylko pokiwałem ochoczo głową. — Uczy się w pobliskim technikum, jest na trzecim roku.
— To fajnie. Będę miał z kim pogadać o fachu. Wcześniej wśród sąsiadów nie miałem nikogo takiego. — Kuba patrzył na mnie jak na debila. Ubrudziłem koszulę ciastem i teraz próbowałem to wyczyścić chusteczką, jednak z marnym skutkiem.
— Jakich przedmiotów się uczycie? — zapytał.
— Sporo ich jest… Jak chcesz, to pokażę ci książki — zaproponowałem, nie mając ochoty wymieniać wszystkich długich nazw swoich zajęć.
— Okej. 

Głupi byłem, bo mogłem dalej siedzieć przy tym cholernym stole, nie mieć żadnych problemów i żyć sobie dalej jak gdyby nigdy nic. Ale nie, musiałem wstać i iść z nim do pokoju. Był to jeden z moich największych życiowych błędów.