Poranne promienie słońca przebiły się
przez stare, niegdyś żółte zasłony i padły prosto na moje wciąż zamknięte oczy.
Chociaż już nie spałem, westchnąłem niezadowolony i przewróciłem się na drugi
bok, twarzą w stronę ściany, aby uciec od wzywającego mnie do życia światła.
Nie
miałem ochoty ruszać się z łóżka, chciałem znowu zasnąć, a potem udawać, że źle
się czuję. W sumie byłoby w tym trochę prawdy, czułem się źle psychicznie po
rozstaniu z Ewą. Była sporą częścią mojego życia, a teraz nie został mi już nikt
tak bliski, nikt, komu mógłbym się prawdziwie wygadać, nikt, kto rozumiałby
mnie tak dobrze.
Ale
skoro stwierdziła, że nie możemy być już dłużej razem, to czy tak naprawdę mnie
rozumiała? Może tylko udawała, aby móc się pochwalić, że z kimś jest. Ewa nie
należała do dziewczyn najładniejszych, najbardziej wysportowanych czy mądrych.
Była za to bardzo w porządku, zawsze chodziła uśmiechnięta i potrafiła poprawić
humor każdemu grymasowi. Miała w sobie jakąś anielską siłę, uspokajała
rozpłakane dzieci i rozwrzeszczanych rodziców. Na mnie zadziałała jak kubeł
lodowatej wody – to dzięki niej zacząłem naprawdę zastanawiać się nad swoją
przyszłością.
Tak
było do wczoraj, teraz chciałem już na zawsze zostać w swoim łóżku, bojąc się,
że gdy zobaczę ją gdzieś na ulicy, to ucieknę w popłochu.
—
Mikołaj, wstawaj, spóźnisz się do szkoły — krzyknął ojciec, otwierając drzwi
bez pukania.
—
Nigdzie nie idę. — Otuliłem się ciaśniej kołdrą, przy okazji zakrywając głowę.
—
Nie zachowuj się jak beksa, to nie pierwsze i nie ostatnia dziewczyna w twoim
życiu, nie przesadzaj. Jak za pięć minut nie zobaczę cię ubranego przy stole,
to wparuję tutaj z odkurzaczem.
Tatuś
wyszedł, a ja zwlokłem się z łóżka. Wygrzebałem z szafy pierwszą lepszą
koszulkę, zgarnąłem spodnie z oparcia krzesła i w takim stanie zszedłem na dół,
przekraczając drzwi kuchni, zapinałem ostatni guzik.
Ojciec
siedział i czytał wczorajszą gazetę, popijając jak zwykle czarną jak smoła
kawę. Pewnie gdybym wziął od niego choćby łyka, stanęłoby mi serce. Słyszałem
głos mamy dochodzący z sypialni. Zrobiłem sobie dwie kanapki, które zapakowałem
w pudełko śniadaniowe i usiadłem, aby wypić w spokoju herbatę.
—
No i czego nie jesz śniadania? — Wypalił ojciec. Ostatnimi czasy czepiał się
wszystkiego, co robiłem. Nie pasowało mu nic a nic. No, może oprócz moich
dziewczyn.
Ojciec
był typowym samcem alfa – on pracuje, żona zajmuje się domem, a dzieci robią
to, co on im każe. Matka miała na szczęście duży wpływ na ojca, dzięki czemu
mieliśmy z rodzeństwem trochę luzu. Tatuś jednak bardzo negował kontakty moich
sióstr z jakimikolwiek chłopcami. Mnie za to już w drugiej gimnazjum, kiedy to
miałem swoją pierwszą dziewczynę, wręczył paczkę gumek i powiedział, że jeżeli
będę kiedyś potrzebował, to znajdę w jego szafce nocnej.
Kochałem
swoich rodziców, chociaż miałem im kilka rzeczy do zarzucenia.
—
Nie jestem głodny, zjem w szkole — wyjaśniłem, starając się mówić przy nim jak
najmniej. Wiedziałem, że będzie mnie łapał za słówka.
—
Dobra, dobra.
Zegar
wskazywał siódmą dwadzieścia. Dopiłem herbatę, brudny kubek zostawiłem w zlewie
i poszedłem się spakować. Niedbale
wrzuciłem książki do plecaka, zaraz potem pojemnik z kanapkami. Miałem to
szczęście, że dojeżdżałem samochodem. Współczułem dzieciakom, którzy musieli
tłuc się autobusami, zwłaszcza zimą. Kiedyś zabierałem po drodze swoich kumpli,
ale kiedyś Ewa powiedziała, żebym tego nie robił, bo chce spędzić ze mną rano
trochę czasu sam na sam, więc z tego zrezygnowałem.
Otwierając
garaż, zauważyłem tira stojącego dwa domy dalej. Odkąd pamiętam, tamten
niewielki budyneczek stał pusty, ponieważ mieszkająca tam pani zmarła, kiedy
miałem ledwie kilka latek. Mama zimą na prośbę dzieci staruszki chodziła tam,
aby od czasu do czasu przepalić w piecu, a latem podlewała grządki z zarośniętymi
już kwiatami.
Tłoczyło się tam sporo
ludzi, jednak nie potrafiłem dosłyszeć, o czym rozmawiałem. Pomyślałem tylko,
że fajnie będzie mieć nowych sąsiadów.
Wsiadłem do swojego
kochanego audi i odpaliłem silnik. Lubiłem ten zapach starej, wytartej już
skóry. Chociaż zimą pojawiał się problem z przymarzniętymi tyłkami dziewczyn,
które zdarzało mi się podwozić, mnie nigdy to nie przeszkadzało. Może to
dlatego, że nie nosiłem krótkich spódniczek.
Przejeżdżając obok
nowych sąsiadów niezwykle powoli, aby móc się przyjrzeć, dostrzegłem chłopca,
który wydawał się być w mniej więcej moim wieku. Był wysoki, wyższy od swoich
rodziców, a na nosie miał ciemne okulary, które poprawił w momencie, kiedy
akurat na niego patrzyłem. Co dziwne – i on na mnie popatrzył, tylko że na jego
twarzy namalowało się raczej zdezorientowanie na mój widok. Ja się
uśmiechnąłem, aby pokazać, że jestem pozytywnie nastawiony.
Potem już pojechałem w
swoją stronę z przeciwsłonecznymi okularami i ustawiono głośno muzyką.
***
Na diagnostyce prawie
przysypiałem, matematyczka dowaliła nam kartkówkę z ciągów w ramach powtórki
sprzed miesiąca, a babka od programowania chyba zapomniała, że ma z nami
lekcje, bo przesiedzieliśmy czterdzieści pięć minut sami w klasie, oglądając
głupie filmiki na youtube’ie. Na drugiej lekcji już była, a po pytaniu
„zabłądziła sorka?” kazała nam przepisywać wszystko do zeszytu. Już wiedziałem,
że nie zdam przyszłorocznej kwalifikacji.
Dziewczyny z klasy (a
mieliśmy ich aż trzy!) wymyśliły sobie, żeby pierwszego kwietnia pójść do
pizzeri. Nie wiedziałem tylko, czy uważają Prima Aprilis za święto, czy
znalazły pretekst, aby ulotnić się z zajęć. Zaczęliśmy więc z chłopakami
obmyślać plan, jakby tu je „zrobić w balona”. Oczywiście Wojtek był pierwszy do
wymyślania takich rzeczy, więc postanowił, że to my zajmiemy się organizacją
całego przedsięwzięcia, a dziewczynom podamy nieprawdziwe informacje. Wszyscy
podłapali ten niewątpliwie genialny plan. Chyba tylko ja czułem, że nie wyjdzie
to tak, jak byśmy chcieli.
Po ostatnim dzwonku,
który zabrzmiał dziesięć po trzeciej, w końcu mogłem wrócić do domu, aby
poleniuchować aż do niedzielnego wieczora. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Nie było już tira
stojącego przy ulicy, ale za to ktoś nie zamknął bramki, a przez okna
zauważyłem chodzące postacie. Czyli jednak miałem rację – nowi sąsiedzi. Nawet
się cieszyłem, na naszym osiedlu wszyscy znali się od lat i taki „świeżak” mógł
dobrze wpłynąć na relacje międzyludzkie. Ewentualnie popsuć je doszczętnie, co
sprawiłoby jeszcze więcej zabawy.
W domu tak intensywnie
pachniało szarlotką z cynamonem, że ślinka naciekła mi do ust. Na stole w
kuchni stała pełniutka blacha mojego ulubionego ciasta. Już sięgałem ręką z
nożem, aby odkroić sobie kawałek, kiedy usłyszałem krzyk i kroki biegnącej
mamy:
— Ani mi się waż,
Mikołaj! To dla gości na wieczór!
Mama wleciała z
wilgotną ścierką i zlała mnie nią po rękach. Chociaż mamusia należała do osób
niskich, lekko okrąglutkich i była posiadaczką dość piskliwego głosiku,
naprawdę potrafiła przerazić, zwłaszcza swoje dzieci i męża.
— Prezydent przyjeżdża,
że nie dasz swojemu ukochanemu synkowi kawałka ciasta? — Próbowałem zrobić minę
zbitego psa, ale nic mi to nie pomogło.
— Zjesz razem ze
wszystkimi wieczorem, nie będę robić dla ciebie wyjątku.
Westchnąłem tylko i
klapnąłem na krzesło.
— Mama mnie głodzi —
zajęczałem głośno, a ona tylko pokręciła głową.
— Jesteś niemożliwy.
Ale nadal nie możesz zjeść ciasta. Masz sałatkę w lodówce, zjedz sobie. Kolacja
będzie o dziewiętnastej.
— Tak bez obiadu
dzisiaj? — zdziwiłem się.
— Obiado-kolacja będzie
o dziewiętnastej. Lepiej? — Pokiwałem głową. — Jak jesteś taki głodny, to zrób
sobie kanapki.
Tak też zrobiłem. Z
talerzem pełnym jedzenia powędrowałem do pokoju i rozłożyłem się przed
komputerem. Myślałem, czy da się coś zrobić, aby matka nie kazała mi wkładać
koszuli, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli nie dała mi ciasta, to tutaj
również będzie nieugięta.
Domyślałem się, że moja
najukochańsza rodzicielka pod słońcem zaprosiła nowych sąsiadów. Lubiła
poznawać nowych ludzi i ze wszystkimi być w przyjacielskich stosunkach. Tata po
pijaku opowiadał, że mama za młodu zachowywała się jak – tu cytuję –
popieprzony dzieciak z ADHD. Ponoć cały czas marudziła, nie mogła usiedzieć zbyt
długo w jednym miejscu i wciągała ojca w dziwne sytuacje. Musiał wozić ją na
drugi koniec kraju, żeby ta mogła zobaczyć jakiś budynek i zrobić zdjęcie,
chodził z nią pod mostami i straszył nocnych wędrowców, potrafili spać pod
gołym niebem. Tata powiedział kiedyś, że to dzięki niej dowiedział się, czym
jest miłość, bo wcześniej nie pomyślałby, że mógłby być z kimś tak
niereformowalnym, nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym. Mimo to pokochał mamę
całym sercem i tylko ona potrafiła go przekrzyczeć.
Sam też cieszyłem się
na myśl o tym, że poznam sąsiadów. Z drogi wydawali się być całkiem w porządku,
choć przecież nie ocenia się ludzi na podstawie jednego, krótkiego spojrzenia.
Zastanawiałem się też, czy chłopiec w okularach należał do firmy transportowej,
czy również zagości w nasze progi. Fajnie byłoby mieć kumpla w swoim wieku na
osiedlu.
O godzinie osiemnastej
zostałem zawołany i ubrany w koszulę. Na szczęście nie białą, a czerwoną w
czarną kratę, co i tak nie zmieniało faktu, że czułem się jak pod krawatem (nawet
bez niego). Musiałem jednak przetrzymać ten ból, aby móc zjeść moją ukochaną
szarlotkę.
Natka nakryła stół na
dziewięć miejsc, co znaczyło, że naszych nowych sąsiadów jest piątka. Nie
mogłem się doczekać.
Równo o godzinie
siódmej, kiedy mój brzuszek wołał już o pomstę do nieba, rozległ się dzwonek do
drzwi. Nie lubiłem tego dźwięku – chamskiej melodyjki ze starej bajki, którą
uwielbiali moi rodzice. Razem z Natalią stanęliśmy przed stołem, uśmiechając
się jak idioci, byleby tylko dobrze wypaść.
Pierwsze weszło
małżeństwo. Wydawali się nieco starsi od naszych rodziców, jednak z twarzy
wyglądali na miłych i przyjacielskich. Pan Hydrzyk ucałował dłoń mojej mamie
jak prawdziwy dżentelmen, a jego żona, uśmiechając się szeroko, uwydatniając
przy tym zmarszczki w okolicach oczu, wręczyła jej pojemnik z ciastem. To
właśnie na tym przysmaku skupiłem się najbardziej. Poczułem, jak ślinka
naciekła mi do ust.
Kiedy starsi
przekroczyli próg, wesolutko wkroczyła dwójka identycznie ubranych bliźniaków –
piętnastolatków, a przynajmniej na tyle wyglądali. W pierwszej chwili
powiedziałbym, że są identyczni, jednak kiedy zwrócili się twarzą w naszą
stronę, zauważyłem, że różnią się kolorem oczu – jeden z nich miał niebieskie,
a drugi brązowe.
Państwo Hydrzykowie zaczęli
witać się ze mną i Natalią, więc nie skupiłem się za bardzo na tym, jak do domu
wszedł chłopak, który rankiem przykuł mój wzrok. Uśmiechałem się szeroko, potem
uścisnąłem ręce bliźniakom, dowiadując się, że jeden z nich to Piotrek, a drugi
Paweł i zorientowałem się, z kim mam do czynienia, kiedy musiałem podnieść
wzrok zdecydowanie wyżej niż wcześniej.
Był wysoki. Przy swoim
wzroście metra siedemdziesięciu pięciu sięgałem mu ledwie do brody. Okulary
zsunęły mu się z nosa, więc patrzyłem prosto w jego ciemnobrązowe oczy.
— Cześć, jestem Jakub —
przedstawił się, lekko uśmiechając.
— Mikołaj, miło mi cię
poznać…
Nim zdążyłem powiedzieć
coś jeszcze, po prostu poszedł dalej, aby stanąć przy swojej rodzinie.
Czułem się dziwnie,
poznając kogoś tak znacznie wyższego ode mnie. Nigdy wcześniej nie byłem w
takiej sytuacji. Jasne, niektórzy z moich kolegów wyrośli do metra
osiemdziesięciu, ale w przypadku żadnego z nich nie musiałem zadzierać głowy do
góry. Po raz pierwszy od kilku lat poczułem się jak niewyrośnięty dzieciak.
Usiedliśmy do stołu.
Będąc głodnym jak wilk, pożerałem wszystko w zawrotnym tempie i ilości
większej, niż można by się było spodziewać po tak chuderlawym chłopcu jak ja.
Ojciec w pewnym momencie kopnął mnie nawet ukradkiem pod stołem, kiedy
nakładałem trzeci kawałek szarlotki. Burknąłem coś w stylu „daj spokój” i dalej
robiłem swoje. Jeść mi przecież nie mógł zabronić, prawda?
Rozmowa przebiegała
dość miło. Dowiedziałem się, że Hydrzykowie przeprowadzili się ze względu na
odnaleziony testament, który spisała staruszka – babcia pana domu. Zapisała
wnukowi całą posiadłość, prosząc, aby się nią zajął i pozwolił jej na nowo być
pełną koloru i radości, jak to było przed laty. Rodzina, kiedy tylko się o tym
dowiedziała i dopełniła wszelkie formalności, postanowiła przeprowadzić się z
bloku właśnie na obrzeża miasta.
— Tutaj każdy z synów
będzie mógł mieć własny pokój, w bloku niestety nie było to możliwe. Mam
nadzieję, że wpłynie to korzystnie na oceny Piotrusia i Pawełka, bo wcześniej
narzekali, że jeden drugiemu przeszkadza — dopełniła pani Magda.
— A ty, Jakubie, uczysz
się? — zapytał mój ojciec.
— Już nie. W zeszłym
roku skończyłem zaoczne studia i teraz zajmuję się grafiką komputerową na
zamówienie. Aktualnie wraz z kilkoma znajomymi zajmujemy się stworzeniem gry.
— Naprawdę? To w takim
razie ile masz lat?
— Dwadzieścia cztery,
proszę pana.
— Aj tam, będziesz mi
mówił na pan, Marek jestem.
Uścisnęli sobie dłonie
nad stołem, prawie przewracając butelkę z szampanem.
— Mikołaj też lubi
zajmować się tymi komputerowymi sprawami, nie, synu? — Tu ojciec spojrzał na
mnie, a ja, mając usta zajęte ciastem, tylko pokiwałem ochoczo głową. — Uczy
się w pobliskim technikum, jest na trzecim roku.
— To fajnie. Będę miał
z kim pogadać o fachu. Wcześniej wśród sąsiadów nie miałem nikogo takiego. —
Kuba patrzył na mnie jak na debila. Ubrudziłem koszulę ciastem i teraz
próbowałem to wyczyścić chusteczką, jednak z marnym skutkiem.
— Jakich przedmiotów
się uczycie? — zapytał.
— Sporo ich jest… Jak
chcesz, to pokażę ci książki — zaproponowałem, nie mając ochoty wymieniać
wszystkich długich nazw swoich zajęć.
— Okej.
Głupi byłem, bo mogłem
dalej siedzieć przy tym cholernym stole, nie mieć żadnych problemów i żyć sobie
dalej jak gdyby nigdy nic. Ale nie, musiałem wstać i iść z nim do pokoju. Był
to jeden z moich największych życiowych błędów.